Archive for February, 2006

Realne groźby czy kłamstwa?

Saturday, February 25th, 2006


Trzy organizacje ekologiczne, które blokują budowę augustowskiej inwestycji, po protestach w kraju i Europie tym razem próbują interweniować u lokalnych mieszkańców. W specjalnie wydanym komunikacie piszą, że Augustów ma szansę na pieniądze z Unii, ale tylko wtedy, jeżeli zmieni przebieg planowanej inwestycji. Inwestor – Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad – zaplanował wariant, w myśl którego obwodnica będzie przecinać cenną przyrodniczo Dolinę Rospudy. Ekolodzy z kolei forsują swoją propozycję, która omija Rospudę. Ta jednak oznacza wstrzymanie inwestycji na kilka kolejnych lat.
Ekolodzy, znając postawę mieszkańców, którzy popierają projekt GDDKiA, tym razem próbują apelować. – Forsowana przez władze lokalizacja narusza krajowe i wspólnotowe prawo ochrony środowiska, niszcząc obszar chroniony Natura 2000 – czytamy w komunikacie. – Drogowcy mają jedynie niewielką część potrzebnych na inwestycję pieniędzy. To wystarczy zaledwie na wycinkę drzew i prace przygotowawcze. Potem inwestycja może stanąć w miejscu z powodu braku pieniędzy na kontynuację – ostrzegają.
– To nieprawda. Nie mamy zamiaru zabiegać o unijne fundusze na tę inwestycję, bo ich nie potrzebujemy. Budowa jest rozpisana na trzy lata i wszystkie pieniądze na nią będą pochodziły z Krajowego Funduszu Drogowego. Tak brzmi rozporządzenie rządu – odpowiada Jerzy Doroszkiewicz, zastępca dyrektora białostockiego oddziału GDDKiA. – A że w tym roku na budowę augustowskiej obwodnicy przeznaczyliśmy tylko dwadzieścia milionów, zawdzięczamy ekologom, którzy skutecznie blokują prace – kwituje Doroszkiewicz.

Autor artykułu: (mr)

Sześć godzin przed prokuratorem

Saturday, February 25th, 2006


Grażyna Zielińska do siedziby wydziału przestępczości zorganizowanej przy ulicy Choroszczańskiej w Białymstoku weszła wczoraj kilka minut po godzinie 9.30. Przyjechała nieoznakowanym samochodem osobowym – zielonym nissanem almera, towarzyszyła jej tylko jedna kobieta. Zielińska nie była skuta kajdankami, nie towarzyszyli jej umundurowani funkcjonariusze. To zmyliło czekających na nią dziennikarzy, którzy dopiero po dłuższej chwili zorientowali się, że ta elegancka blondynka w średnim wieku jest tą „słynną” Grażyną Zielińską z Suwałk, sędzią, która za wędliny, miód ale i tysiące złotych i dolarów miała kupczyć (od września 2001 do kwietnia 2005) wyrokami w suwalskim sądzie.
W tym czasie, nie niepokojona przez nikogo, zdołała wejść do budynku białostockiej apelacji.
Na jej wyjście dziennikarze czekali do szóstej wieczorem (ponad dwie godziny trwało pisanie wniosku o areszt). Po wyjściu z przesłuchania sędzia Zielińska nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Niemal w biegu rzuciła tylko, że jest niewinna, wsiadła do samochodu i odjechała.
Sędzia wie swoje…
– Podejrzana nie przyznała się do winy i złożyła wyjaśnienia, zaprezentowała własną wersję wydarzeń. Postanowiliśmy o skierowaniu do sądu wniosku o jej tymczasowe aresztowanie – mówi Janusz Kordulski, rzecznik białostockiej prokuratury apelacyjnej w Białymstoku.
Sąd ten wniosek rozpatrzy już dzisiaj, bo właśnie dzisiaj po południu mija 48 godzin od chwili zatrzymania Grażyny Zielińskiej przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego w Białymstoku w budynku Sądu Najwyższego w Warszawie. Po tym czasie trzeba będzie ją zwolnić, chyba że sąd rejonowy zdecyduje o jej aresztowaniu.
Jak już pisaliśmy, Grażyna Zielińska została zatrzymana zaraz po tym, jak Sąd Najwyższy w Warszawie pozbawił ją immunitetu. Członkowie składu orzekli, że zgromadzone dowody są wystarczające. Zielińska została zawieszona w prawach sędziego, zmniejszono jej również pobory o 30 procent.
…a prokurator swoje
Wczoraj trafiła przed oblicze prokuratora prowadzącego śledztwo w sprawie korupcji w suwalskim sądzie. Usłyszała dziewięć zarzutów. Osiem dotyczyło przyjmowania łapówek za wydawanie korzystnych rozstrzygnięć w różnych sprawach. Miała przyjąć przynajmniej kilkanaście tysięcy złotych, m.in. za uchylenie aresztu oraz odroczenie wykonania kary. Większość werdyktów dotyczyła środowiska lokalnych przemytników. Głównym pośrednikiem miał być były suwalski milicjant Mirosław B. Choć jego zeznania najbardziej obciążają Grażynę Zielińską, prokuratura dysponuje też innymi dowodami, jak nagrania rozmów telefonicznych.
Dziewiąty zarzut dotyczy natomiast ujawnienia odpowiedzi na pytania podczas egzaminu aplikanckiego, który przeprowadzany był w suwalskim sądzie w ubiegłym roku. Skorzystała na tym córka prokurator Elżbiety K. z białostockiej Prokuratury Okręgowej. Obie panie znakomicie się znały. W latach dziewięćdziesiątych Elżbieta K. kierowała ówczesną Prokuraturą Wojewódzką w Suwałkach, a Zielińska, zanim w 2000 roku przeszła do pracy w sądzie, była jej podwładną. Ta sprawa wyłączona została do osobnego postępowania. Zajmuje się nią prokuratura w Gdańsku.
Obrońcy milczą
Wczoraj próbowaliśmy skontaktować się z obrońcami suwalskiej sędzi. Ustaliliśmy, że bronią ją adwokaci z Gdańska. Na tamtejszym uniwersytecie Zielińska, w latach osiemdziesiątych, kończyła prawo. Jednak żaden z mecenasów nie chciał rozmawiać.
Prokuratura Apelacyjna w Białymstoku wyraziła zgodę na ujawnienie danych personalnych suwalskiej sędzi.
Przypomnijmy, że w aferę korupcyjną zamieszanych jest kilkanaście osób. Większość podejrzanych to osoby ze środowiska przemytników. Prokuratura przedstawiła też zarzuty dwóm suwalskim adwokatom: Jerzemu Sz. i Władysławowi H.

Autor artykułu: Tomasz Kubaszewski, mk

Lekarz w sieci

Saturday, February 25th, 2006


Jak informowaliśmy wczoraj, lekarz został zatrzymany w swoim mieszkaniu. Policjanci zabezpieczyli tam komputer zawierający zdjęcia i filmy pornograficzne z udziałem dzieci oraz zwierząt, które były rozpowszechniane za pomocą Internetu. Jak mówi sierżant Kamil Tomaszczuk z zespołu prasowego podlaskiej policji, bulwersujące treści były także zarejestrowane na ponad 250 płytach CD i kilkunastu taśmach wideo. – Ustaliliśmy, że od października do dnia zatrzymania mężczyzna rozpowszechnił 53 zdjęcia ze swojej kolekcji – dodaje policjant. – Dodatkowo znaleźliśmy u niego torebkę zawierającą 5,5 grama amfetaminy.
Kaucja czy areszt?
Wobec Bartosza S. sąd zastosował areszt na trzy miesiące stosując jednak tzw. tryb warunkowy. Lekarz będzie mógł wyjść na wolność po wpłaceniu kaucji w wysokości 50 tys. zł. Jak się dowiedzieliśmy, pieniądze już do sądu wpłynęły. Ale prokuratura zaskarżyła takie rozstrzygnięcie sądu. Czy Bartosz S. wyjdzie na wolność – okaże się w poniedziałek.
Łomżyńska prokuratura nie udzielała wczoraj w tej sprawie żadnych informacji. Dowiedzieliśmy się jednak, że policjanci złożyli także wizytę w pracowni radiologicznej łomżyńskiego szpitala i skontrolowali komputery. Okazało się, że od wielu miesięcy nie ma tam dostępu do Internetu.
- Cała sprawa nie ma żadnego związku z naszą placówką, czyli miejscem pracy zatrzymanego lekarza, który zresztą ostatnio przebywał na urlopie – mówi Marian Jaszewski, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego. – Zresztą wiem o niej tylko tyle, ile podawały media, bo nie otrzymałem żadnych informacji z policji czy prokuratury.
Dodaje, że przez cztery lata pracy Bartosza S. w szpitalu nie było żadnych zastrzeżeń co do wykonywania przez niego obowiązków. – Nie miał żadnego kontaktu z dziećmi – podkreśla dyrektor. – Zajmował się opisywaniem materiałów radiologicznych.
Dobry kolega
Inni lekarze łomżyńskiego szpitala mają dobre zdanie o swoim koledze. Wybrali go nawet swoim przedstawicielem w Izbie Lekarskiej. Jednak z imienia i nazwiska nie chcą o nim mówić. – Wiem, że był “maniakiem” komputerowym, jest kawalerem i miał na to wiele czasu – usłyszeliśmy od jednego z nich.
Nikt z naszych rozmówców nie dostrzegł pedofilskich skłonności lekarza. Niektórzy podejrzewają, że tego rodzaju zainteresowania mogły być dla niego wyłącznie sposobem na zarabianie pieniędzy.
Czy Bartosz S. będzie nadal pracował jako lekarz? – Dopóki nie otrzymam materiałów z prokuratury czy sądu, nie mam żadnych podstaw, by uniemożliwiać czy utrudniać mu wykonywanie obowiązków zawodowych – mówi dyrektor Marian Jaszewski.
Międzynarodowa akcja
O międzynarodowej akcji dotyczącej szajki pedofilów poinformował wczoraj na specjalnej konferencji prasowej w minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.
- Zatrzymania w związku z aferą pedofilską w Łomży i innych miastach w Polsce są związane ze śledztwem prowadzonym przez hiszpańskie organa ścigania – powiedziała nam Julita Sobczyk, rzecznik prokuratury krajowej. – Jakieś dwa miesiące temu Hiszpanie poprosili o współpracę kilka państw Unii Europejskiej.
Cała akcja miała kryptonim “Azahar”. Jej głównym celem było jednoczesne uderzenie w posiadaczy pornografii dziecięcej. – Hiszpanie opracowali program pozwalający na zidentyfikowanie komputerów, gdzie zamieszczone były pliki z tą pornografią – dodaje Barbara Mąkosa-Stepkowska, rzecznik ministerstwa sprawiedliwości. – Cała akcja miała charakter ściśle tajny, przygotowano ją tygodniami, do realizacji zaś doszło w ciągu trzech dni od wtorku do czwartku. Dzięki temu udało się zatrzymać dwanaście osób z Łomży, Opola, Łodzi, Bielska Białej i Katowic.
Pod lupą funkcjonariuszy znaleźli się mieszkańcy kilku innych miast: Gorzowa Wielkopolskiego, Gdańska, Świdnicy, Torunia, Warszawy i Włocławka. Tam jednak nikogo nie zatrzymano. – W wyniku tej akcji zabezpieczono 66 komputerów i jednego laptopa, jak również 1200 płyt CD, dwa serwery, 200 dyskietek – wymienia Barbara Mąkosa-Stępkowska. – Ujawniono również 3927 plików z treścią pornograficzną.

Autor artykułu: Maciej Gryguc, (mk)

PIŁKA NOŻNA Zwycięski mecz Jagiellonii Białystok w Turcji

Wednesday, February 22nd, 2006


Wygrana z Łotyszami jest tym cenniejsza, że nie należą oni do słabeuszy, w swoim kraju są ekipą numer trzy. Trener Adam Nawałka nie mógł wczoraj skorzystać z usług Wojciecha Kobeszko, który narzeka na ból w plecach, spowodowany naderwaniem mięśnia grzbietowego.
– To niegroźny, ale bardzo dokuczliwy uraz. Wojtek ma problemy z oddychaniem, odczuwa mocny ból. Przy próbie jakiegoś mocniejszego ruchu jest on jeszcze silniejszy. Musi przejść parę zabiegów i za kilka dni będzie już dobrze – mówi Marcin Piechowski, sprawujący opiekę lekarską nad Jagiellonią.
Bomba w poprzeczkę
Żółto-czerwoni od początku sprawiali lepsze wrażenie niż rywale. Białostoczanie częściej byli przy piłce i starali się konstruować ataki. Przeciwnicy szukali szansy w kontrach i stałych fragmentach gry.
Pierwsza połowa nie była porywającym widowiskiem. Obie drużyny stworzyły sobie tylko po jednej dobrej sytuacji strzeleckiej. W 15 minucie, będący na pełnej szybkości zawodnik FK Ventspils wpadł w pole karne przy linii końcowej, odegrał piłkę na trzeci metr, gdzie jego partner uderzył bez przyjęcia. W bramce Jagiellonii świetnie zachował się Adam Piekutowski, intuicyjnie broniąc. W rewanżu omal gola nie strzelił Remigiusz Sobociński. Obrońcy Ventspilsu źle wybili piłkę. Dopadł do niej jagiellończyk, ale minimalnie chybił.
Druga odsłona zaczęła się nieźle dla żółto-czerwonych. Dobrze dysponowany tego dnia Piegzik przedarł się lewą stroną, wbiegł w pole karne i będąc blisko linii końcowej zagrał do Jacka Markiewicza, którego w ostatniej chwili uprzedził bramkarz z Łotwy.
Po chwili szanse miał Ventspils, ale jego napastnik w sobie tylko znany sposób spudłował z kilku metrów.
W 57 minucie Markiewicza zastąpił Robert Speichler. Od razu podszedł do wykonania rzutu wolnego z 25 metrów. Uderzył mocno, ale trafił w poprzeczkę.
Oczekiwali więcej
Wkrótce potem padła rozstrzygająca bramka. Długim wyrzutem z autu popisał się Łukasz Nawotczyński. Futbolówka trafiła do Żuberka. Napastnik Jagiellonii doskonale zachował się w zamieszaniu, uderzył bez zastanowienia przy prawym słupku i pokonał zaskoczonego bramkarza łotewskiej drużyny.
– Piłka przeszła po włosach Adriana Napierały i spadła mi pod nogi, wokół miałem kilku rywali, więc nie było czasu na zastanowienie i uderzyłem od razu. Jestem bardzo zadowolony z tej bramki, bo gra nam się układała i gol Jagiellonii się należał – opowiada Żuberek.
Autor gola mógł trafić jeszcze raz, ale doskonale zagrana przez Piegzika piłka przeszła mu między nogami.
Kontrataki zepchniętych do defensywy Łotyszy nie przynosiły skutku. Kilka minut przed końcam omal nie padło jednak wyrównanie. W zamieszaniu po stałym fragmencie gry dobrze zachował się jednak Maciej Zając, broniąc trudny strzał rywala.
– Oczekiwałem po Łotyszach czegoś więcej. To dobry zespół, ale Rumuni z FC Brasov prezentowali bardziej dojrzały futbol i na pewno byli trudniejszym przeciwnikiem – podsumowuje Nawotczyński.
– Rumuni byli lepsi. Z drugiej jednak strony trzeba pamiętać, że ten sparing rozgrywaliśmy w inny sposób niż poprzednie, nie było podziału na jedenastki. Teraz graliśmy normalny mecz, tylko z większą ilością zmian – dodaje Markiewicz.
Dziś piłkarze mają w planie wycieczkę do Side, analizę wczorajszego sparingu i trening techniczny. Podczas zgrupowania uda się rozegrać jeszcze jedną grę kontrolną. Rywalem żółto-czerwonych będzie ukraiński drugoligowiec Krimteplicja.

WYNIK
Jagiellonia Białystok – FK Ventspils 1:0 (0:0).
Bramka: 1:0 – Żuberek (62).
Jagiellonia: Piekutowski – Jakubowski, Napierała, Kolasa, Chańko, Łatka, Zalewski, Markiewicz, Sobolewski, Moskal, Sobociński.
Jagiellonia (II połowa): Zając – Nawotczyński, Napierała (75. Sobociński), Kolasa, Kubik, Łatka (69. Jakubowski), Zalewski, Markiewicz (57. Speichler), Piegzik, Żuberek, Konon.

Autor artykułu: Konrad Sikora

Panorama dla wybranych

Wednesday, February 22nd, 2006


Warszawa ma Pałac Kultury, Gdynia – Oksywię, Kraków Wieżę Mariacką czy Kopiec Krakusa, a skąd my możemy podziwiać nasze miasto? – pytają Czytelnicy.
Okazuje się, że jest z tym spory problem. Najwyższy budynek na mapie Białegostoku to kościół św. Rocha, ale to miejsce dostępne dla nielicznych. Na pewno nie dla turystów.

Gdzie te drapacze chmur?
W rankingu wysokości białostockich budowli prowadzą kościoły.
- Trzy najwyższe obiekty sakralne to: kościół św. Rocha o wysokości 75 m, katedra, która ma 72 m oraz kościół św. Jadwigi o 60 m wysokości – wylicza Jerzy Dudzicz z Państwowej Straży Pożarnej w Białymstoku.
Niestety, ani katedra, ani kościół św. Jadwigi nie mają okienek, które pozwoliłyby mieszkańcom rzucić okiem na miasto.
Kościół św. Rocha także nie jest nie jest dostępny, choć ma nawet galerię widokową na której zmiesciłoby się kilkanaście osób. Dlaczego? Bo są tam zainstalowane nadajniki.
- Ludzie przychodzą, proszą aby ich wpuścić, ale teraz jest zakaz, wszystko przez te urządzenia – tłumaczy ks. Jan Wierzbicki, wikariusz parafii św. Rocha.
Na kolejnych pozycjach w rankingu wysokości uplasowały się budynki: Urzędu Miejskiego przy Słonimskiej – 55 m, ZUS-u (43 m) przy Młynowej i wieżowiec firmy Biazet o wysokości 41,5 m.
- Jeśli chodzi o dostępność budynku przy Słonimskiej, to nie ma z tym problemu, zdarzały się przypadki, że ktoś chciał zobaczyć stąd zobaczyć panoramę – mówi Tomasz Ćwikowski, rzecznik prasowy Urzędu Miejskiego. – Wieżowiec postawiony jest dodatkowo na wzniesieniu, w sumie jest to 168,61 m.n.p.m. Od dziesiątego piętra budynek zajmuje Izba Skarbowa.

Nie wysoko, ale ładnie
- Najciekawsza panorama na Pałac Branickich i jego ogrody roztacza się z dachu hotelu Gołębiewski i wieżowca przy Słonimskiej. Niestety z biurowca potocznie określanego mianem “ONZ” (budynek UwB przy ul. Skłodowskiej) – widać jedynie czarne dachy – twierdzi Bogusław F. Skok, szef działu fotoreporterów Kuriera Porannego.
Ale czy każdy może wdrapać się na hotel?
- Wejście na dach udostępniamy jedynie w specjalnych okolicznościach, np. fotoreporterom – mówi Anna Chorodeńska, szefowa działu marketingu hotelu Gołębiewski. – Ale równie ciekawy widok mamy z ósmego piętra naszego budynku. Jeśli jakiś turysta, czy białostoczanin chciałby to sprawdzić, myślę, że byłaby taka możliwość, o ile pokoje nie byłyby zajęte.

Autor artykułu: Monika Kosz-Koszewska
mkoszewska@poranny.pl

Kury i króliki precz z miasta

Wednesday, February 22nd, 2006


Złamanie tych przepisów, to już wykroczenie.
– A jak strażnik stwierdzi wykroczenie, to może pouczyć, ale może też nałożyć mandat od 20 do 500 złotych – mówi Stefan Sochański, komendant białostockiej Straży Miejskiej.
Projekt regulaminu przygotował wydział ochrony środowiska i gospodarki komunalnej Urzędu Miejskiego.
By projekt zmienił się w obowiązujące przepisy, musi zatwierdzić go Rada Miejska – a zajmie się tym na najbliższej sesji, już 27 lutego. Jeśli regulamin zostanie przyjęty, będzie egzekwowany od przełomu sierpnia i września. (more…)

Kto po Turze

Monday, February 20th, 2006


Zdobycie foteli prezydenckich w wielkich miastach przynosi nie tylko prestiż, ale też rozległe wpływy i stanowiska, które na lata pozwalają zakorzenić się w samorządzie.

Czar wielkich miast
Przed czterema laty Białostockie Porozumienie Prawicy postawiło na kandydaturę Ryszarda Tura, który od 1998 roku pełnił stanowisko prezydenta. BPP było dosyć egzotyczną koalicją, do której weszła PO, ZChN, Solidarność i niektóre stowarzyszenia katolickie. Ryszard Tur w drugiej turze pokonał kandydata SLD Zbigniewa Puchalskiego. Na zwycięstwo Tura złożyło się kilka czynników: bardzo sprawna i kosztowna kampania wyborcza, którą poprowadził Robert Tyszkiewicz z PO i naturalne fory, jakie są udziałem każdego urzędującego prezydenta. Wreszcie słabość przeciwników. Zarówno SLD, jak i PiS przeprowadziły bardzo bladą kampanię wyborczą w porównaniu do profesjonalnej kampanii Ryszarda Tura.
Jednak ludzie Tura tym roku nie mogą liczyć na powtórkę sprzed czterech lat. BPP już się rozsypało. Platforma zapowiedziała, że wystawi własnego kandydata. „S” w wyborach parlamentarnych i prezydenckich opowiedziała się po stronie PiS. Nawet najbliżsi współpracownicy Ryszarda Tura, zaczęli już przedwyborcze wędrówki. Na przykład wiceprezydent Marian Blecharczyk chce wstąpić do PO. Zaś sam Ryszard Tur zaczął czynić przyjazne gesty wobec PiS, jako szef Chrześcijańskiego Ruchu Społecznego. Dlatego też wybory prezydenta Białegostoku będą upolitycznione. Będą w nim liczyły się tylko największe ugrupowania. A kandydatów na prezydenta miasta będą osobiście namaszczali Jarosław Kaczyński i Donald Tusk.
Białymstokiem od 16 lat rządzi prawica i tak pewnie pozostanie. SLD wraz z koalicjantami mogłoby mówić o sukcesie, gdyby wprowadziło swojego człowieka do drugiej tury. Jednak wydaje się to mało prawdopodobne. Lewica jest po prostu w Białymstoku słaba.

Pretensje lewicy
SLD zaczęło już zawierać wstępne porozumienia przedwyborcze. Na razie wśród lewicowych koalicjantów można wymienić Unię Pracy, Socjaldemokrację Polską, Unię Pracy, Białoruskie Towarzystwo Społeczno – Kulturalne i oczywiście SLD. Choć te organizacje są już po słowie, to od razu pojawiły się pierwsze nieporozumienia.
Nieoficjalnie jako kandydatów SLD na prezydenta wymienia się albo byłego wicewojewodę Jerzego Półjanowicza, albo Janusza Kochana. Z powodu zadawnionych pretensji władze Sojuszu nie chcą natomiast nawet słyszeć o kandydaturze Krzysztofa Bila – Jaruzelskiego, którą zgłosiła SdPl.
– Wątpliwe jest, czy Krzysztof Bil – Jaruzelski w ogóle znajdzie się na naszych listach – mówił na ostatniej konferencji prasowej Bartosz Wojda, sekretarz podlaskiej SLD.
Taka stanowczość dziwi z kolei Krzysztofa Bila – Jaruzelskiego, który przypomina, że wspólny kandydat lewicy, oprócz doświadczenie w pracy samorządowej i znanego nazwiska, powinien posiadać możliwość wyjścia poza tradycyjny elektorat lewicy.
– Bez spełnienia tych warunków nie ma co myśleć o sukcesie – powiedział „Porannemu” Krzysztof Bil – Jaruzelski.
Szanse lewicy zmniejsza również i to, że do wyborów prawdopodobnie samodzielnie pójdą prawosławni koalicjanci sprzed czterech lat.
– Na razie nie mamy żadnego kontaktu z SLD. Dzisiaj skłaniamy się to samodzielnego startu w wyborach, a to oznaczałoby, że wystawimy też swojego kandydata na prezydenta – deklaruje Marek Masalski, lider prawosławnych radnych w Radzie Miejskiej Białegostoku.
Wśród ich kandydatów najczęściej wymienia się nazwisko właśnie Masalskiego i Jarosława Matwiejuka. Wprawdzie prawosławnych kandydat na prezydenta nie ma szans na wygraną w wyborach, ale w sprzyjających okolicznościach środowiska przycerkiewne mogą wprowadzić kilka swoich ludzi do Rady Miejskiej.

Przyjaciele z PiS i Platformy
Białostocka PO zaczęła już przyjmować zgłoszenia osób zainteresowanych startem w wyborach samorządowych. – W Białymstoku wystawimy własną listę do rady miejskiej i swojego kandydata na prezydenta – zapewnia poseł PO Robert Tyszkiewicz. – Mamy już deklaracje kilku interesujących kandydatów na prezydenta, ale na nazwiska jest jeszcze za wcześnie. Jednak będzie to miła niespodzianka dla mieszkańców Białegostoku.
Tyszkiewicz dodaje, że listy kandydatów PO na radnych będą otwarte dla działaczy „Naszego Podlasia”, ChRS oraz stowarzyszeń. Wielu działaczy Platformy marzyłoby, żeby w wyborach zgodziła się kandydować eurodeputowana prof. Barbara Kudrycka.
– W innym wypadku ciężką będzie wygrać z PiS – obawia się jeden z działaczy PO.
Jednak kandydatura Kudryckiej jest na razie nieaktualna. – Pani profesor odmówiła – wyznaje Tyszkiewicz.
– Kandydatura prof. Kudryckiej byłaby dla nas najgroźniejsza – przyznaje wicemarszałek Krzysztof Putra, prezes podlaskiego PiS. – Nie widzę innego groźnego kandydata dla PiS. Dlatego trochę wątpię, żeby odmowa prof. Kudryckiej była ostateczna.
Krzysztof Putra, a także inni działacze PiS, zapewniają, że w wyborach wystawią sprawdzonego działacza PiS. Najczęściej wymieniane jest tutaj nazwisko Dariusza Piontkowskiego, szefa organizacji miejskiej PiS. – Nie potwierdzam i nie zaprzeczam – zastrzega się Putra. – Na pewno wystawimy działacza PiS z górnej półki.
Najlepiej byłoby, gdybyśmy zdobyli większość. Jeśli to się nie uda, to trzeba będzie ją zbudować. Niedopuszczalna jest sytuacja z ostatnich czterech lat, kiedy prezydent rządził bez większości, a radni tracili czas na kłótniach – Krzysztof Putra, senator Prawa i Sprawiedliwości, o wyborach samorządowych.
Rozejdą się
Prezydent Ryszard Tura nie ogłosił jeszcze decyzji, czy wystartuje w wyborach prezydenckich. – Ryszard Tur nie chce za bardzo startować w wyborach, ale może będzie musiał – mówi człowiek z jego otoczenia. – Nie będzie mógł zostawić swoich ludzi na lodzie. Zaplecze wymusi na nim decyzję o kandydowaniu. Bo ChRS nie ma innego kandydata, który miałby znaczące szanse.
Na razie Ryszard Tur śle sygnały, że jest otwarty na współpracę z PiS. W styczniu, jako prezes ChRS Tur na konferencji w Łodzi zadeklarował: – Chrześcijański Ruch Samorządowy chce rozmawiać z Prawem i Sprawiedliwością o wspólnym udziale w nadchodzących wyborach samorządowych – powiedział na konferencji prasowej w Łodzi prezes ChRS Ryszard Białostoccy działacze PiS wykluczyli już, żeby Ryszard Tur mógł zostać kandydatem partii na prezydenta. Jednak zapowiedzieli przy tym, że mogą przyjąć część działaczy Ruchu na listy kandydatów na radnych.
Bez poparcia dużej partii parlamentarnej Ryszardowi Turowi, trudno będzie powtórzyć sukces sprzed czterech lat. Wybory samorządowe w wielkich miastach wymagają wielkich pieniędzy. Dlatego bardzo prawdopodobne jest, że zaplecze dotychczasowego prezydenta rozejdzie się w części do PO a w części do PiS. W każdym wypadku będą po stronie zwycięzców i zachowają swoje wpływy w instytucjach samorządowych. Cóż, czasem trzeba wszystko zmienić, żeby nic się nie zmieniło.

Autor artykułu: Zbigniew Nikitorowicz
znikitorowicz@poranny.pl

Chorzy: ZUS musi się zmienić

Monday, February 20th, 2006


W ZUS- ie mniej komentują fakt, że chora osoba uznana została za zupełnie zdrową i odmówiono jej świadczenia, ale większą wagę przywiązują do zachowania męża pacjentki.
– Jeszcze nie spotkałam się z takim zachowaniem. Kiedy jego żona wyszła z gabinetu, zrobił awanturę na całą firmę – mówi Anna Krysiewicz, rzeczniczka białostockiego oddziału ZUS.

Lekarz wie lepiej
Chmielewscy przyznają, że byli zdenerwowani. – Lekarz orzecznik od początku założył, że jestem oszustką i że udaję chorą, bo chcę wyłudzić zasiłek rehabilitacyjny – mówi Marta Chmielewska. Od lat cierpi na neuropatię nerwu łokciowego, co skutkuje tym, że ma problemy z czuciem w prawej ręce.
– Ciągle coś tłukę, bo mi rzeczy wypadają z dłoni – przyznaje kobieta. Pierwszą operację przeszła ponad dwa lata temu. Potem ZUS ją wysłał na leczenie do sanatorium. – Wróciłam stamtąd z ręką w gipsie – mówi pani Marta.
Okazało się, że konieczna jest druga operacja. Lekarze z augustowskiego szpitala wykonali ją cztery tygodnie temu. Teraz kobietę czeka długa rehabilitacja neurologiczna. Właśnie dlatego postanowiła ubiegać się o przedłużenie zasiłku rehabilitacyjnego. Przed orzecznikiem ZUS stanęła w ubiegłym tygodniu, zaraz po tym, jak zdęto jej gips.
– Ale lekarz nawet nie obejrzał mojej ręki, tylko zaczął zginać ją na siłę, twierdząc, że nie ma prawa boleć. Tyle tylko, że był ortopedą, a nie neurologiem – mówi Marta Chmielewska. I dodaje: – Przez cały czas sugerował, że operację załatwiłam sobie za pieniądze, bo kończy mi się zasiłek, że dokumentacja szpitalna jest zrobiona na zamówienie w pięć minut, i że każdy może kupić sobie gips w aptece i założyć. Marta Chmielewska jeszcze tego samego dnia złożyła skargę na zachowanie orzecznika.

ZUS czuje się dotknięty
ZUS zdążył już rozpatrzyć skargę. Nie dopatrzył się żadnej winy u swojego pracownika. Ma za to wiele zastrzeżeń do zachowania męża pacjentki. – Tak krzyczał, że nie można było pracować. Ludzie czekający na wizytę u orzecznika to słyszeli. Proszę sobie wyobrazić, jak oni mogli się poczuć – mówi Anna Krysiewicz. – Takie zachowanie godzi nie tylko w dobre imię lekarza, ale instytucji publicznej, jaką jest ZUS. Zastanawiamy się, czy nie powinniśmy podjąć dalszych kroków.
Nie pierwszy raz
„Poranny” wielokrotnie pisał o podobnych przypadkach. Ponad dwa lata temu w ramach akcji „ZUS- możesz to zmienić” wysłaliśmy do Rzecznika Praw Obywatelskich ponad 50 listów naszych Czytelników. Opisywali w nich np. jak orzecznik kardiolog „wyleczył” chorego na cukrzycę, a internista chorego psychicznie. Ponad rok temu m.in. po interwencji RPO w ZUS zostały utworzone komisje odwoławcze. Zasiada w nich po trzech specjalistów. Od decyzji komisji ZUS nie może się odwoływać.
W ubiegłym roku lekarze orzecznicy białostockiego ZUS wydali około trzech tysięcy orzeczeń. Komisja odwoławcza zmieniła co trzecie. – Ale nie można powiedzieć, że są to tylko i wyłączenie zmiany na korzyść ubezpieczonego – mówi Anna Krysiewicz, rzeczniczka ZUS w Białymstoku.

Poszkodowani przez orzeczników
Osoby chcące się przyłączyć do stowarzyszenia poszkodowanych przez lekarzy orzeczników ZUS mogą dzwonić pod numer telefonu: (087) 643 58 11

Autor artykułu: Anna Łubian

Prezes kpi z ludzi

Monday, February 20th, 2006


Pomieszczenia, w których robotnicy ZNTK jedzą, przebierają się, myją są zrujnowane, brudne. Od 30 lat nie były remontowane. I do piątku nikt się tym nie przejmował. Dopiero wtedy jeden z pracowników zakładów rozesłał do Państwowej Inspekcji Pracy fotografie toalet i przebieralni z dwóch hal ZNTK. Jeszcze w piątek na miejsce przyjechali inspektorzy i potwierdzili, że tak jest naprawdę. W sobotę “Poranny” opisał skandaliczną sprawę.

To zagrożenie zdrowia
Dotarliśmy do zdjęć z hali O-2 i O-3, czyli dwóch czynnych pomieszczeń, w których robotnicy remontują wagony. Są porażające. Wszystko w rdzy, brudzie. Od ścian odpadają kafelki, na podłodze leżą papiery, śmieci. Wszyscy, którym pokazywaliśmy zdjęcia, byli w szoku.
- W takich warunkach nie da się pracować – mówi Joanna Siemionkowicz, główny epidemiolog z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Białymstoku. – Za takie rzeczy powinien zostać ukarany zarząd. Przecież to zagrożenie dla zdrowia pracowników.
Kto nie dopełnił obowiązków? Ustaliliśmy, że w ubiegłym roku zakład był kontrolowany przez powiatowy Sanepid (musi to robić przynajmniej raz w roku). Inspektorzy wydali nakaz przeprowadzenia remontu pomieszczeń. – Do kiedy ta decyzja powinna być wykonana, to możemy sprawdzić dopiero w poniedziałek w dokumentach z kontroli – mówi Artur Wnuk, rzecznik Sanepidu. Zapowiada, że dziś inspektorzy wrócą do ZNTK i wszystko sprawdzą. Jeśli remont powinien być zakończony, ukarzą zarząd.
Państwowa Inspekcja Pracy kontrolowała firmę w ubiegłym roku. Nakazała remont pomieszczeń socjalnych do końca grudnia, ale – na prośbę szefów firmy – przedłużyła termin do końca maja. Prezes Ekiert tłumaczył, że firma jest w ciężkiej sytuacji finansowej.
Jednak po otrzymaniu fotografii od anonimowego pracownika, jeszcze w piątek inspektorzy tam wrócili. – Nie popuścimy. To musi się zmienić – mówi Jan Koczewski, okręgowy inspektor pracy.

Nikt nic nie wie
Zdjęciami zszokowany jest burmistrz Łap Tadeusz Wróblewski. – Nic o tym nie wiedziałem. Żaden pracownik mi się nie skarżył – mówi.
To dziwne, bo Wróblewski przez 20 lat pracował w tym zakładzie. Był mistrzem w dziale złomu, przez kilka lat przewodniczącym “Solidarności”, pod koniec pracował w dziale ISO. A według pracowników, pomieszczenia pokazane na zdjęciach wyglądają tak od wielu lat.
Sytuacją pracowników ZNTK zainteresował się też jedyny łapski poseł Roman Czepe (PiS). I też dopiero po naszych publikacjach zaczął rozmawiać z pracownikami firmy. Dlaczego nic nie zrobił do tej pory, mimo że był radnym łapskim i o sytuacji w zakładzie doskonale wiedział? – Zakłady kiedyś zwalczały mnie. Gdybym się zaangażował, powiedziano by, że Czepe się mści – mówi poseł.

Szukamy właściciela
Firma kilka lat temu została sprywatyzowana, dlatego wojewoda nie ma nad nią nadzoru. Udało nam się skontaktować z jednym z członków rady nadzorczej, ale nie chciał z nami rozmawiać. Odesłał nas do szefa kadr, który twierdzi, że większość akcji ZNTK mają pracownicy (indywidualnie i przez spółkę TOWAG). Pracownicy jednak mówią, że to od dawna nieaktualne, bo akcje swoje sprzedali. Według nich, większościowym udziałowcem spółki jest prezes Ryszard Ekiert.
A co na to prezes? – Sprzedam całe Łapy, bloki, wszystko (śmiech). A z panią nie będę rozmawiał – ucina.

Autor artykułu: Julita Januszkiewicz
Bartosz Wacławski

Nie czekajcie tak długo jak ja

Thursday, February 16th, 2006


Ile kobiet w Białymstoku jest w podobnej sytuacji? Setki.
Dramat rodziny L. opisaliśmy w „Magazynie”. Pani L. tylko z ostatnich miesięcy ma pięć obdukcji. Od października 2005 prokuratura Białystok-Północ wszczęła trzy śledztwa dotyczące znęcania się przez pana L. nad rodziną. Dwa akty oskarżenia czekały na wokandę kilka miesięcy. Pierwsza rozprawa odbędzie się 19 lutego.

To było piekło
Przez ten czas pani L. przechodziła piekło. Mąż nie pozwalał jej zbliżać się do młodszego syna, Adama. Wywoził go z domu, zastraszał, przekupywał. Starszego Tomka bił za byle co, za to, że zjadł jego gruszkę.
Kobieta załamała się zupełnie, kiedy okazało się, że po jednej, bezpodstawnej interwencji męża, który oskarżył Tomka o to, że go uderzył, policja założyła mu niebieską kartę ofiary przemocy. Ona interweniowała dziesiątki razy i nigdy nie zaproponowano jej niebieskiej karty. Zrezygnowana przyszła do nas. – Nie wiem, co robić?

Śledztwo po artykule
Kiedy zainteresowaliśmy się sprawą, nagle nabrała ona biegu. Prokuratura po raz kolejny wysłuchała pani L. i wszczęła nowe śledztwo. Dzielnicowy z II komisariatu tłumaczył, że na interwencje jeżdżą różne patrole i nie zawsze znają sytuację. – Było podejrzenie użycia przemocy przez chłopca, więc założyli ojcu niebieską kartę – wyjaśniał. – Ale dalsze procedury ja prowadzę. Wprawdzie pani L. nie ma niebieskiego druku, ale procedura niebieskiej karty obejmuje ją już od marca 2005 roku. Od tamtej pory regularnie odwiedzam tę rodzinę.
Jednak sytuacja pani L. nie ulegała najmniejszej poprawie. Wręcz przeciwnie. Mąż czuł się coraz bardziej bezkarny. Po artykule po raz kolejny pobił starszego syna.
– Po twarzy, otwartą dłonią, tak, żeby nie zostawić śladów. Śmiał się: „No, dzwoń sobie na policję!” – płacze pani L. Wtedy zdecydowała się uciec z domu. Tak jak stała, wraz z dziećmi 2 lutego poszła do Ośrodka Interwencji Kryzysowej na Włókienniczej. Od dawna chodziła tam na terapię. Pracownicy OIK wezwali policję. Tym razem spisała się. Funkcjonariusze pojechali z nią do domu po rzeczy. Zanotowali jej zeznania. poinformowali, że pana L. prawdopodobnie czeka areszt. Mąż próbował nachodzić rodzinę w Ośrodku. Pracownicy OIK byli stanowczy: „Widzenia tak, ale w naszej obecności.”
Pani L. siedzi w pokoiku w Ośrodku i boi się wyjść na ulicę. Dzieci nie chodzą do szkoły, bo obawia się, że mąż zabierze jej Adasia (ma pełne prawa rodzicielskie). Czeka na rozwój wypadków dzień, tydzień… i nic.

Kto ma się tym zająć?
– Naprawdę w tej sprawie działamy szybko, ale musimy spełnić wymogi procesowe – tłumaczy prokurator Agnieszka Kalisz, szefowa Prokuratury Północ. Zapis w obowiązującej od zeszłego roku ustawie, który dopuszcza odizolowanie sprawcy od ofiar na czas trwania postępowania uważa za martwy. – Nie ma przepisów wykonawczych. Nie wiadomo, kto ma się tym zająć. Komornik? Policja?
Policja na dochodzenie ma przepisowe dwa miesiące, ale może je przedłużyć. Pani L. jest przerażona, kiedy słyszy, że to może tyle trwać. Przyznaje, że czasami chce ze wszystkim skończyć.
– Jestem pod ścianą. – płacze w słuchawkę. W OIK widzi młode kobiety, które uciekają przed mężem z niemowlętami na ręku. Mówi im: – Nie czekajcie tak długo jak ja. Nie róbcie tego swoim dzieciom.

Wysłuchamy dwóch stron
Krzysztof Macutkiewicz, zastępca komendanta II komisariatu policji tłumaczy, dlaczego sprawa trwa tak długo: – Musimy wysłuchać jednej i drugiej strony. 99 proc sprawców nie przyznaje się do winy. Przyjmują opcję: to ja jestem pokrzywdzony. Składają wnioski do prokuratury, mają świadków, tak jak w tej sytuacji, więc materiał dowodowy musi być bardzo mocny. Sąd musi mieć podstawy, żeby zastosować areszt. .
Mówi, że takich spraw jest coraz więcej. W tym roku drugi komisariat wszczął ich już 15, w zeszłym ponad 130. – Coraz częściej zgłoszenia wypływają od sąsiadów, lekarzy, nauczycieli. Ludzie zaczynają dostrzegać problem.
W poniedziałek policja postawiła zarzuty panu L. Sąd, ma wniosek prokuratury, wydał decyzję o aresztowaniu na dwa miesiące.
Pani L: – Dziękuję. Mam teraz czas odsapnąć, zastanowić się. Znajdę nam jakąś stancję.

Autor artykułu: (tua)